Obsługiwane przez usługę Blogger.

Kody 2026

 



Świetnie było wrócić w zeszłym tygodniu na festiwal KODY, jedną z dwóch dum naszego miasta, którym poświęcam większą uwagę na blogu (drugą są oczywiście Inne Brzmienia, do których pozostał miesiąc). O Kodach piszemy po raz trzeci, z edycji jestem bardzo zadowolony i muszę ponownie polecić ją czytelnikom spoza Lublina - tym bardziej, że ja i Kordian Kuczmazauważyliśmy, że bardzo niewiele osób uczestniczy, jak my, w całej edycji. Choć w programie było może mniej znanych nazwisk, niż choćby w 2025 r, odkryłem bardzo dużo nowej muzyki.


Wspominałem już, że festiwal odbywa się w różnych lokalizacjach na terenie miasta, w poprzednich latach były to między innymi kościół I klasztor Dominikanów, Centrum Kultury i Galeria Labirynt, ale w tym roku festiwal ponownie się przeprowadził i niemal całość programu została zaplanowana w sali koncertowej Polskiego Radia Lublin, nazwana nazwą Budki Suflera. Pomimo tego, że kiedyś niewiele brakowało, abym sam był związany z Radiem Lublin, nie byłem jeszcze nigdy we wnętrzu budynku - jest to duża sala, prawdopodobnie odpowiedniejsza do organizacji wydarzenia niż dotychczasowe lokalizacje. Festiwalowi towarzyszyło przedstawienie teatralne w Teatrze Starym, w którym ostatecznie nie mogłem wziąć udziału. Zgodnie z tradycją, jeden dzień (tym razem ostatni, niedziela) był bezpłatny i koncerty tego dnia odbywały się w muszli koncertowej Ogrodu Saskiego, należącej do organizatora festiwalu, Ośrodka Rozdroża, bez kontroli biletów.


CZWARTEK




Pierwszy występ podczas pierwszego dnia muzycznego (teatr odbył się w środę) prezentował muzykę litewskiej kompozytorki Egidiji Medekšaitė, absolwentki angielskiego Durham University, litewskiej Akademii Muzyki i Teatru i Akademii Muzycznej w Stuttgarcie. Biografia zaprezentowana przez festiwal podkreślała jej „tkacki” charakter, wykorzystywanie powtarzających się wzorów (progresji wysokości lub czasu trwania, procedury numerologiczne), sugerując, że może mieć to związek z tym, że Medekšaitė studiowała także wzornictwo przemysłowe. Nie jest to z pewnością muzyka matematyczna, ale w moim odczuciu mroczniejsza niż mógłby sugerować jej opis. W czwartkowy wieczór utwory Medekšaitė zostały wykonane przez część muzyków wchodzących w skład warszawskiego kolektywu The Hashtag Ensemble, a także członków trio Flow Unit: skrzypaczkę Annę Kwiatkowską, wiolonczelistę Mikołaja Pałosza i pianistę Adama Kośmieję. Kwintet smyczkowy (Kwiatkowska, Pałosz, Aleksandra Demowska-Madejska, Magdalena Kordylasińska-Pękala, Marta Piórkowska) rozpoczął wydarzenie, grając wspólnie ze słyszanym w tle dronem, później do grona muzyków dołączyli także akordeonista Paweł Janas i wreszcie Kośmieja.


Kolejną pozycją w programie było zagadkowo zatytułowane „10 000 Polsk”. Polska, nie mylić z polką, jest skandynawskim tańcem o domniemanych, choć nie potwierdzonych polskich korzeniach. Badanie archiwalne przeprowadzone w Szwecji zaowocowały specjalnym projektem muzycznym, stworzonym przez czworo muzyków: Maję Miro (flet poprzeczny), Piotra Gwaderę (perkusja), Ryszarda Lubienieckiego (klawisze) i Pawła Iwana (cymbały), a kompozycje wykonane podczas piątkowego koncertu zostaną wydane w drugiej połowie roku na specjalnym albumie. Ten występ podobał mi się bardzo, utwory były jednocześnie dynamiczne i hipnotyzujące.


Alejandra Cárdenas to peruwiańska kompozytorka i researcherka, związana z undergroundową sceną Limy od początku stulecia, ale obecnie mieszkająca w Berlinie. Oprócz występów na żywo i nagrań studyjnych Cárdenas jest znana także z jej badań akademickich nad dźwiękiem i technologią, a także muzyki filmowej. Jej debiutancki album solowy ukazał się 2012 r. Artystka, występująca i nagrywająca także pod pseudonimem Ale Hop występowała kilka lat temu na Unsound, by teraz powrócić do Polski, by zaprezentować materiał z jej najnowszego albumu A Body Like A Home, który został wykonany na lubelskiej scenie w całości. Kompozycje Cárdenas to poruszające spoken word, dotykające swoją tematyką kolonializmu, rasizmu i przemocy domowej we współczesnym Peru (płycie towarzyszy tomik poetycki), artystka gra także na gitarze elektrycznej, wspomagana przez meksykańską skrzypaczkę Gibranę Cervantes, a także Ignacio Briceno - wykorzystując również szereg nagrań terenowych. Było to kolejne odkrycie tego dnia, i zdążyłem już odsłuchać album po zakończeniu festiwalu, bardzo go polecam.


PIĄTEK


Nie mam żadnych zdjęć z występu norweskiej formacji Supersilent, ponieważ przed rozpoczęciem tego koncertu zostało wyraźnie podkreślone, że muzycy nie życzą sobie fotografowania ani nagrań. Trio w swojej muzyce kombinuje free jazz, elektronikę, post rock - ich twórczość jest improwizowana i tworzona podczas performance’u. W skład projektu, w obecnym kształcie od 2009 r, wchodzą Arve Henriksen (wokal, trąbka, elektronika), Ståle Storløkken (klawisze, elektronika) i Helge Sten (elektronika). Dla mnie ten występ był zbyt hałaśliwy - był pierwszy, z którego wyniosłem mieszane odczucia. Kolejna tego dnia, dużo bardziej znana reprezentantka Skandynawii, wypadła moim zdaniem znacznie lepiej.



Ogłoszenie Jenny Hval było dla mnie dużym zaskoczeniem. Festiwal nie ma headlinerów w klasycznym rozumieniu tego słowa, Hval występowała w połowie wieczoru, i towarzyszący imprezie marketing nie koncentrował się nawet na promocji jej udziału. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że Norweżka jest zdecydowanie najbardziej znana ze wszystkich artystów występujących w tym roku. Songwriterka gościła oczywiście na naszych łamach wielokrotnie (chociażby z zamykającym jej set, moim ulubionym, Ashes To Ashes, nie będącym coverem Bowiego), rozważałem też w przeszłości zobaczenie jej na katowickim Ars Cameralis (gdzie zresztą powróciła w zeszłym roku). Nie przewidywałem jednak podziwiania jej na żywo w mieście, w którym mieszkam - i to był znakomity koncert, na pewno jeden z highlightów tej edycji (obok Ale Hop, Hatis Noit i występów w niedzielny wieczór). Hval skupiła się na muzyce z jej zeszłorocznego albumu Iris Silver Mist, wspomagając się podczas występu… peruką pieszczotliwie nazwaną „Lillian”, a także długą kotarą, która przykryła publiczność podczas jednego z utworów, dodając mistycznego charakteru temu koncertowi.


Przez pewne nieprzyjemne wydarzenia natury prywatnej, które chciałbym zachować dla siebie, nie mogłem skupić się na festiwalu tego dnia w pełny sposób, tak jakbym chciał. Ostatecznie zrezygnowałem też, po raz kolejny, z regularnego punktu w programie Kodów: „Nocy Tańca”, organizowanej w Ogrodzie Saskim. Zostałem jednak na ostatnim występie tego dnia - szkockiego gitarzysty, kompozytora Jonny’ego Nasha. Nash był szczególnie zainteresowany w młodości kulturą azjatycką - studiował hindi, pracował w tybetańskim monasterze, później przeniósł się do Japonii. Jego debiutancka płyta ukazała się w 2008 r. Lubelski koncert koncentrował się na muzyce z najnowszego albumu muzyka Once Was Ours Forever. Jednym z artystów goszczących na wydawnictwie jest Tomo Katsurada (znany z zespołu Kikagaku Moyo), który również pojawił się w studiu Polskiego Radia. Był to najbardziej wyciszony z występów tego dnia, w istocie, za sprawą połączenia gitary i wiolonczeli, przypominający mi nieco świeży album Billa Orcutta i Mabe Fratti. Nie jestem pewny, czy Nash i Katsurada przewyższają ten duet, był to jednak interesujący, nastrojowy koncert.


SOBOTA


Powinienem wspomnieć o moim głównym rozczarowaniu tej edycji, czyli licznych poślizgach, bo nie przypominam sobie tego w zeszłym roku. Niemal każdy koncert w sali radiowej był opóźniony o 15 do 30 minut. Mam wrażenie, że ramówka nie została dopracowana i być może pomiędzy występami powinny być zaplanowane większe przerwy i/albo pierwszy występ powinien być wcześniej. Sam byłem zawiedziony, że straciłem bezpośrednie połączenia komunikacji miejskiej, i podejrzewam, że dla dojeżdżających było to jeszcze bardziej skomplikowane. Mam nadzieję, że podobnych problemów nie będzie na Innych Brzmieniach, ponieważ ze względu na zamknięte błonia zamkowe, to wydarzenie jest zmuszone do tymczasowej przeprowadzki do dużo dalszego dla mnie Parku Ludowego.


Piszę „niemal każdy koncert”, ponieważ pierwszy występ w sobotę rozpoczął się wyjątkowo punktualnie, w związku z okolicznościami jego organizacji. Wydarzenie było bowiem transmitowane na żywo przez Program Drugi Polskiego Radia, zsynchronizowane z przekazem radiowym (osoby przybywające na salę mogły usłyszeć przez głośniki nadawane przed transmisją słuchowisko) - było też bezpośrednio powiązane z tegorocznym jubileuszem stulecia instytucji, jaką jest Polskie Radio.


Wojciech Błażejczyk - związany także z występującym kilka dni wcześniej Hashtag Ensemble - wystąpił tym razem w towarzystwie Royal String Quartet - uznanego na arenie międzynarodowej kwartetu smyczkowego utworzonego w 1998 r, obecny skład to: Izabella Szałaj-Zimak (I skrzypce), Elwira Przybyłowska (II skrzypce), Paweł Czarny (altówka) i Michał Pepol (wiolonczela). Koncert zbudowany był wokół debiutanckiego wykonania Kwartetu na smyczki Pawła Malinowskiego, zamówionego przez Polskiego Radio z okazji rocznicy. Najbardziej podobały mi się jednak wstawki elektroniczne, wykonywane przez Błażejczyka pomiędzy utworami smyczkowymi, często z wykorzystaniem nietypowych instrumentów jak chociażby suszarka do ubrań, zakłóceń elektromagnetycznych i nagrań terenowych. Tego samego dnia ukazał się nowy album artysty, Re-Used Sounds, z którego materiał został zaprezentowany podczas koncertu.



Muzyka Wcias, przyznaję bez wahania, była po prostu nie skierowana do mnie, był to bowiem występ w największym stopniu inspirowany muzyką tradycyjną, ludową, której po prostu nie lubię w polskim wydaniu, niemal zawsze. Powiem więcej - gdyby nie ten koncert prawdopodobnie sobota byłaby dla mnie niepodważalnie najlepszym dniem, pomiędzy pierwszym a trzecim performancem tego dnia. Nie odmówię muzykom talentu, ale nie czułem się jednak grupą docelową (szczególnie, gdy pojawił się śpiew, bo same instrumenty dęte brzmiały całkiem harmonijnie) . Bracia Karol i Filip Majerowski obracali się pośród różnych gatunków, zanim zainteresowali się lokalną tradycją ich regionu, Wielkopolski. Na festiwalu wykonali muzykę ze swojego tegorocznego albumu Wiwaty, wydanego przez Rozdroża.




Hatis Noit to moje największe szczęście tej edycji festiwalu. Podobnie jak kiedyś Arooj Aftab, informacja o jej występie wyciekła przed oficjalnym ogłoszeniem line-upu i natychmiast zacząłem triumfalnie ogłaszać to na social media. Japonkę oczywiście prezentowaliśmy na blogu kilkakrotnie, co więcej, nieświadomie oglądałem już dużo jej nagrań na żywo, ale podobnie jak w wypadku Jenny Hval nie mogłem przewidzieć, że związana z labelem Erased Tapes artystka pojawi się na koncercie w moim mieście. Hatis została nawet wybrana na główną twarz festiwalu, pojawiając się na reklamach imprezy w całym mieście i ulotce z programem (sądząc po postach na Instagramie, sprawiło jej to dużo radości). I był to, oczywiście, fenomenalny występ, rzeczy, które ona potrafi zrobić ze swoim wokalem, często samplowanym przez nią na żywo są naprawdę niesamowite. Podczas występu artystka wspomniała o debiucie nowego materiału, nie wiem, kiedy możemy spodziewać się nowego albumu od niej (poprzedni ukazał się w 2024 r.), ale mam nadzieję, że niedługo.


NIEDZIELA


Wspominałem wcześniej, że niedziela była tradycyjnym bezpłatnym dniem festiwalu, w którym koncerty odbywają się w moim ulubionym lubelskim parku - malowniczym Ogrodzie Saskim, w muszli koncertowej noszącej od kilku lat imię Romualda Lipki. W zeszłym roku występowali tutaj Senyawa i Felicia Atkinson, i występy wieczorne na pewno przypomniały mi ten drugi koncert.



Wcześniej jednak trochę zaskoczyła mnie pierwsza pozycja w programie, trochę zastanowiło mnie, że pierwszy występ zaplanowany był na 16:00, a kolejny dopiero na 20:00, ale nie zwróciłem większej uwagi przed pojawieniem się w Ogrodzie. Być może powinienem lepiej skojarzyć nazwisko kompozytora Mortona Feldmana, którego utwory - Triadic Memories i Crippled Symmetry były wykonywane przez czworo muzyków: wspominaną już Magdalenę Kordylasińską-Pękala (drugi utwór), a także Andrzeja Karałowa (fortepian, pierwszy utwór), Emilię Karolinę Sitarz (fortepian/celeste, drugi utwór) i Ewę Liebchen (flet, drugi utwór). Koncert był bardzo swobodny, leżaki były ustawione nawet na scenie i uczestnictwo było bardzo luźne (przyznaję, że w połowie zrobiłem sobie przerwę, ale kiedy wróciłem, łącznie trzygodzinny koncert jeszcze trwał). Mogło się to trochę kojarzyć z występami, jakie prowadził Max Richter w czasie wydania Sleep, choć nie wiem, jak wiele osób obecnych w amfiteatrze wykorzystało ten czas do drzemki.



Elori Saxl pojawiła się na Mavoy Music stosunkowo niedawno, dzięki nagraniom z saksofonistą Henrym Solomonem. Saxl i Solomon mają też wspólną trasę koncertową po Ameryce, ale na lubelskiej scenie artystka pojawiła się samodzielnie. Jak wspominałem już wcześniej, ten koncert bardzo przypomniał mi zeszłoroczny występ Felicii Atkinson, połączenie ambientowego dronu, elektroniki i nagrań terenowych (z powracającym motywem wody). Dyskografia Elori nie jest obszerna, podstawą występu był album The Blue Of Distance z 2021 r, pojawiły się także nagrania premierowe.


Antonina Nowacka była mi znana głównie z nazwiska, wiedziałem również, że artystka nagrywała z duńską kompozytorką Sofie Birch (widzę, że nie słuchałem ich dwóch albumów - postaram się to szybko zmienić). Nie byłem natomiast świadomy jej powiązań z Nicolasem Jaarem. Nie wiedziałem czego się spodziewać, okazało się, że podobnie jak w wypadku Hatis dzień wcześniej, muzyka Nowackiej oparta jest na wirtuozerii wokalnej, wydała mi się jednak ostrzejsza i bardziej mroczna niż Japonka. Słuchając jej występu, pomyślałem o thereminie (i Eli Orleans na zeszłorocznych innych brzmieniach) i widzę teraz, że festiwal używa tego samego porównania na stronie internetowej. Byłem rozczarowany, kiedy występ zakończył się wcześnie, choć na pewno pomogło to z transportem. Występ Elori i Antoniny były znakomite i zakończyły festiwal w wyśmienitym stylu.



Podsumowanie - Lista życzeń


Na wypadek, gdyby kuratorzy festiwalu byli otwarci na życzenia, przypominam naszą zeszłoroczną listę i dodaję kilka nowych nazwisk:


Nabihah Iqbal

Hinako Omori

Arushi Jain

William Basinski

Eiko Ishibashi

Ganavya

Warrington-Runcorn New Town Development Plan

Rafael Anton Irisarri


-------------------------

Penelope Trappes (wielka szkoda, że nie pojawiła się na festiwalu w tym roku - zgodnie z tradycją, artyści często pojawiają się na lubelskiej scenie przy premierze swoich najnowszych wydawnictw i Penelope wydała w tygodniu festiwalu znakomity rework album)

Alabaster DePlume (avant-jazzowy artysta z palestyńskimi korzeniami, z którym mam regularny kontakt na Bluesky i Upscrolled, często pojawia się w Polsce i bardzo podoba mi się jego nowa EP)

Julianna Barwick & Mary Lattimore (proponowałem wcześniej solowy występ Mary, ale Tragic Magic jest jedną z moich ulubionych płyt roku bieżącego)

Bill Orcutt & Mabe Fratti (wspomniani przeze mnie wcześniej, Mabe gościła już nawet solowo w Lublinie, gdy widziałem ją na Avant Art)

Ana Roxanne (po kilku latach przerwy powróciła ze świetnym nowym albumem i wydaje się naturalną propozycją na wieczór w Ogrodzie Saskim)

Avalon Emerson & The Charms (Lublin zasługuje na pierwszy polski występ jej nowego projektu)

Shabaka Hutchings (w sumie najbardziej życzeniowa propozycja… ale dlaczego nie?)


Brak komentarzy: